Autorkę, Janinę Mroczkowską, znałem przede wszystkim jako moją babcię, z którą lepiłem pierogi, i która wysyłała moje żarciki do Przekroju czy Kobiety i życia. Za jedno powiedzonko opublikowane w „Satyrze w krótkich majteczkach” otrzymałem nawet nagrodę.

Podczas nieobecności rodziców niejadek Andrzejek zajada obiad. Karmi go babcia:
– Za mamusię – podaje pierwszą łyżeczkę – za tatusia…
Rozgniewany maluch protestuje:
– Następnym razem jak rodzice będą wychodzić, niech sami za siebie zjedzą!

W sznurkowej huśtawce otrzymanej za ten żarcik, zawieszonej w futrynie drzwi, spędziłem miłe godziny dzieciństwa. W tym czasie (koniec lat 70., początek 80.) babcia mieszkała w samotnie stojącym dwupiętrowym bloku w Karolewie. Mały korytarzyk, z którego po lewej stronie wchodziło się do klaustrofobicznej łazienki, prowadził na wprost do malutkiego pokoju, w którym zaraz po prawej stronie stało łóżko, a za nim przy oknie biurko z zawsze rozstawioną maszyną do pisania. Dalej stał stół, a w lewym rogu komoda z trzyskrzydłowym składanym lustrem, w którym uwielbiałem się przeglądać, gdyż tchnęło magią przeszłości. Pokój uzupełniała stara dwuskrzydłowa szafa i przedwojenna maszyna do szycia firmy Bauman, na metalowej solidnej konstrukcji. Z pokoju wchodziło się do graniczącej z łazienką kuchni, o podobnie niewielkim, nawet dla berbecia jakim wówczas byłem, rozmiarze.

 Janina Mroczkowska przy pracy w swoim mieszkaniu, Karolewo 1977 r.

W całym mieszkaniu porozkładane było rozpoczęte szycie i haftowanie. Przy maszynie do pisania leżała sterta papierów i zapisane zeszyty, a na stole gazety. Babcia była tytanem pracy, zawsze czymś zajęta. Pierwszego dnia nowego roku, uważając, że cały rok będzie wyglądał tak jak jego inicjująca doba, przygotowywała sobie mnóstwo roboty. Trochę pisała, trochę haftowała, szyła i dużo czytała. Jej mieszkanie było dla mnie fascynującą przestrzenią, światem z innej epoki, gdzie można było usłyszeć historie, od których jeżyły się włoski na ciele. Tam właśnie słuchałem o odwadze i szlacheckiej fantazji mego pradziadka Andrzeja Godlewskiego, o naszym herbie Gozdawów – białej lilii na czerwonym polu. Słuchałem wspomnień wojennych i licznych anegdot rodzinnych. Babcia była doskonałą gawędziarką, znała na pamięć liczne wiersze, które deklamowała przywołując je na poczekaniu.

Mijały lata, my wyprowadziliśmy się z Karolewa, miałem dużo mniej kontaktu z babcią. Po swojej śmierci babcia pozostawiła nam całą półkę zapisanych zeszytów 80-kartkowych oraz grubych skoroszytów z maszynopisami, które stały się integralną częścią wystroju naszego mieszkania. Przez lata nikt do nich nie zaglądał. Wspomnienia były za świeże, opisywani ludzie wciąż żywi, a ocena wydarzeń budziła emocje.

Pisanie było dla babci życiową pasją. Pierwszą powieść napisała w wieku czternastu lat i usilnie starała się o jej wydanie chodząc po warszawskich drukarniach. Przez całe życie książki i nauka były dla niej ważniejsze od chleba. Pisała więc do szuflady. Burzliwe koleje losu dopiero na emeryturze pozwoliły jej poświęcić się porządkowaniu wspomnień, notatek i pamiętników. W samotności całkowicie oddała się pracy pisarskiej. Pisała, pisała, pisała… Pod jej piórem ożywało dzieciństwo spędzone na warszawskim Bródnie, stary Kraków, w którym spędziła młodość, Lwów, gdzie wyjechała za pracą, Kresy, gdzie spędziła wojnę. Powracała myślą do tułaczki, jaką przeżyła po repatriacji wędrując z miejsca na miejsce jako wiejski nauczyciel.

Próbowała wydawać swą twórczość. W latach 80. wysyłała prace na rozmaite konkursy, takie jak: „Życiorys własny robotnika”, organizowany przez Instytut Socjologii UAM w Poznaniu i PAN (1981 r.), Wielki Konkurs Instytutu Śląskiego i Towarzystwa Przyjaciół Pamiętnikarstwa na pamiętniki trzech pokoleń mieszańców ziem odzyskanych (1985 r.), konkurs Tygodnika Kulturalnego na reportaż „Portret bez retuszu” (1987 r.), konkurs „Przyjaźń i Braterstwo Broni Zrodzone na Bitewnym Szlaku o Wspólną Sprawę” (tu otrzymała nawet I nagrodę, 1987 r.), konkurs na dzienniki „Polaków pamiętnikarski portret własny” pisany dla Towarzystwa Przyjaciół Pamiętnikarstwa (1989/1990 r.).

Janina Mroczkowska, lata 70.

Wysiłki nie przynosiły żadnych rezultatów, do czego autorka odniosła się żartem na notce zamieszczonej przy jednym ze swych wierszy: Że nie drukują mnie za życia – nie szkodzi… imię moje będzie wydrukowane po śmierci – w nekrologu. Czas jeszcze nie dojrzał. Polacy przed upadkiem komunizmu w 1989 r. oczekiwali jasnych politycznych deklaracji – albo potępienia systemu komunistycznego, albo jego zdecydowanej pochwały. Zapiski babci nie wpisywały się w żaden z tych schematów. Była w nich z jednej strony pochwała wartości religijnych i moralnych, z drugiej pozytywistyczna wartość „pracy u podstaw”. Babcia z sentymentem odnosi się do przedwojennych wartości szlacheckich, a jednocześnie krytykuje możnowładców i popiera przedwojenny ruch komunistyczny (jej matka brała czynny udział w strajkach na Bródnie). Z sympatią odnosi się do biedoty i chłopstwa, a na następnej stronie ukazuje jego ciemnotę, ograniczenie umysłowe i ubóstwo kulturalne. Zżyma się na czerwone flagi wiszące po wojnie na dworcu centralnym w Warszawie, by jednocześnie docenić możliwość powszechnej edukacji, jaką zapewniła powojenna Polska, a o jakiej mogła tylko marzyć w dzieciństwie.

Innymi słowy książki babci mają charakter apolityczny. Są one relacjami człowieka oceniającego ludzi i zdarzenia, a nie systemy. Człowieka, który przechodzi przez kolejne wojny, zmiany okupantów i władzy, z mocnym kręgosłupem zasad moralnych. Babcia, choć wielka patriotka, jest w stanie błogosławić Niemca, który umożliwił jej kontakt z aresztowanym mężem czy zapłakać wraz z rosyjskim „bojcem” śpiewającym o swych ojczystych stronach.

Dwa lata temu, będąc na świętach u rodziców zajrzałem do jednego z maszynopisów.  Wciągnęło mnie. Przez kolejne miesiące nie mogłem oderwać się od lektury. Fragmenty zasłyszanych w dzieciństwie opowieści zaczęły układać się w całość. Nieznane mi dotąd małe miejscowości stały się nagle bliskie niczym miejsca pielgrzymkowe, które pragnąłem odwiedzić. Ślęczałem nad mapami satelitarnymi porównując obecną topografię terenu ze starymi mapami i opisami z rękopisów babci. Lipków ze starym dworem pamiętającym czasy sienkiewiczowskie, kościół w Babicach, w którym była bierzmowana moja babcia, Bronowice pod Krakowem, Lwów, kamieniołomy w Klesowie, Dobieszczyzna, Owiesno, Pożarki… nagle ożyły i opowiadały mi swoją historię.

Zachwycałem się nieznanym mi układem budynków na obecnym placu Piłsudskiego w Warszawie w 1922 r., gdy babcia kroczyła przez niego z rękopisami pod pachą, podziwiałem  przedwojenny Dom Towarowy Braci Jabłkowskich przy ulicy Brackiej, w którym wraz z mamą kupowała bratu bieliznę. Proszę wyobrazić sobie moje zdziwienie, gdy okazało się, że swoje dzieciństwo babcia spędziła kilka ulic od miejsca, w które przypadkowo wraz z rodziną przeprowadziłem się dziesięć lat temu! Wraz z dziećmi zacząłem pielgrzymki na Pelcowiznę oddaloną od nas o 30 minut spaceru, która obecnie znalazła się pod fundamentami byłego FSO, a która tak plastycznie została odmalowana przez babcię. Kościoły: św. Jadwigi na byłej Palcowiźnie, Matki Bożej Różańcowej na Bródnie, gdzie uczęszczała babcia w dzieciństwie czy św. Krzyża, nabrały dla nas nowego znaczenia.

Następne odkrycie. Okazało się, że pradziadek, Andrzej Godlewski, który ze względu na liczne potomstwo oraz legendy krążące o jego szlachectwie i związku z błękitną krwią,  w rodzinie traktowany jest niczym prekursor rodu dawidowego, leży pochowany na Cmentarzu Bródnowskim, tuż za naszym osiedlem! Grobu tego szukały całe pokolenia, moja babcia słała listy do warszawskiej rodziny z prośbami o jego lokalizację. Bez skutku. Akta pochówku z roku 1912 zaginęły. Teraz w dobie cyfryzacji wystarczył mail do zarządu cmentarza. Jest! Grób przy kwaterze 55D/1/21 – plac nagiej ziemi, bez krzyża opłacony w 1928 r. na 100 lat przez zapobiegliwą małżonkę.

Zachęcony tymi odkryciami zacząłem jeździć (już nie tylko wirtualnie) do miejsc opisanych przez babcię. Odwiedzałem członków rodziny, przeglądałem albumy, dygitalizowałem zdjęcia i dokumenty rodzinne. W Lipkowie odkryłem ślady jednej z sióstr mojej babci, pochowanej na tamtejszym cmentarzu, Sylwestry Antoniny Godlewskiej. Okazało się, że w tamtejszym kościelnym muzeum (obecnie przechowywanym w kartonach) są jej wiersze.

– A, ciotka Antola! – wyjaśnia mama przez telefon – Ta słynna wróżbitka. Tak, tak, pamiętam jak wywróżyła mi męża. Wszystkie szczegóły przepowiedni dotyczące daty śluby i wyglądu przeszłego męża potwierdziły się całkowicie…

Sylwestra Antonina (1884-1966), córka Andrzeja Godlewskiego, z kartami w ręku

Władysław Grudziński z żoną Anną, córką Godlewskiego na Cmentarzu Bródnowskim – grób przedwcześnie zmarłego syna Władysława.

W niedalekim Brwinowie, dokąd zawiodły mnie pamiętniki babci, czekała kolejna niespodzianka. Stoi tam dom kolejnej siostry babci – Anny Wandy i jej syna architekta Jana Grudzińskiego. Na podwórku dąb zasadzony w dniu zwycięstwa pod Monte Cassino, a w Towarzystwie Przyjaciół Brwinowa zdjęcia, dokumenty i pamiątki po rodzinie Jana. Płótna malowane przez jego ojca, ilustrowana i prowadzona przez niego księga pamiątkowa i wiadomość o rodzinnym grobie znajdującym się… na Bródnie.

Historia Polski ożyła. Suche dotychczas daty i wydarzenia nabrały osobistego charakteru. Wraz z babcią oczekiwałem nadejścia bolszewików do Warszawy w 1920 r., przeżywałem beznadzieję wielkiego kryzysu w latach trzydziestych, zastanawiałem się nad sensownością zajęcia Zaolzia. Przeżywałem czasy okupacji, dramatyczne zmiany frontu na Kresach – wejście armii radzieckiej, Wehrmachtu i ponowne wejście Rosjan. Czystki dokonywane na ludności żydowskiej i bestialstwo band UPA – mordy dokonywane na poleskich i wołyńskich wsiach. Okres repatriacji, stopniowe ustalanie się władzy komunistycznej, próby wprowadzenia kołchozów, zmiany struktury szkolnictwa… Wydarzenia toczące się za życia autorki mogłem przeżywać i wraz  z nią powtórnie analizować.

A wszystko to w tle jej osobistych dylematów i wyborów. Płakałem wraz z nią, gdy opuszczała dom rodzinny na warszawskim już wówczas Bródnie czy gdy całowała odciski stóp swej odjeżdżającej matki. Chodziłem wraz z nią po warszawskich drukarniach z nadzieją, że wyda pierwszą napisaną powieść. Zaglądałem w ruiny zniszczonej karczmy w Lipkowie, gdzie miał straszyć duch Wołodyjowskiego. Zżymałem się na siostrę Zosię, gdy poskąpiła na korepetytora niwecząc edukacyjne plany młodziutkiej Janki. Jak bardzo smakował codzienny chleb, gdy czytałem o jej bardziej niż skromnych posiłkach we Lwowie. Jak cieszyłem się z jej spotkania z ks. Skowyrą i błogosławiłem kapłana za pomoc, którą udzielił niedoszłej samobójczyni. O ile bardziej mogłem docenić obecne socjalne warunki bytowe, czytając o jej zmaganiach przy budowie domu w Klesowie.

Wraz z lekturą zaczęły pojawiać się duchy przeszłości – wstydliwe tajemnice rodzinne, niedomówienia, dawne niesnaski. Czasem skrzętnie skrywane przez autorkę, tak że trzeba było odkrywać je między wierszami lub idąc tropem półsłówek. Autorka nie była w stanie ich zataić, chciała obnażyć przed czytelnikiem całe swoje życie z jego wszystkimi blaskami i cieniami. Gdyby autorka żyła współcześnie, prawdopodobnie zostałaby blogerką dzielącą się swym życiem w internecie. Robiła to jednak niezwykle świadomie, gdyż w pełni zdawała sobie sprawę z konsekwencji, jakie to ze sobą niesie. Jak pisze w jednym z pamiętników zatytułowanym Pierwszy rok na emeryturze:

Niełatwo jest pisać o sobie, jeśli każde nasze słowo ma być analizowane, komentowane, sądzone przez nieznanych ludzi, z których każdy inaczej podchodzi do oceny naszych wypowiedzi. A co dopiero, gdy chodzi o ocenę sytuacji ludzi, nie zawsze będących w zgodzie z sytuacją, w jakiej przyszło im żyć.

Mimo tej świadomości autorka nie może powstrzymać się przed dzieleniem się swoim życiem z potencjalnym słuchaczem. Jednak część tajemnic jest nazbyt osobista, nazbyt wstydliwa, by je publicznie wyjawiać. Był to zapewne jeden z powodów, dla których autorka w swych pracach (szczególnie pisanych w trzeciej osobie) zmienia nazwy miejscowości, imiona bohaterów. Jej historyczne przygotowanie nie pozwala jednak na zmiany faktów, a te  przemilczane w jednej biografii, pojawiają się niespodziewanie z całą siłą wyrazu w innej.

Zacząłem więc zastanawiać się jak to jest, że między ślubem autorki, który miał miejsce 22.07.1937 r. (data potwierdzona wypisem z aktu ślubu), a narodzinami mojej mamy (17.04.1938) babcia opisuje dwa lata wspólnego życia z mężem? Wręcz pruderyjne poglądy babci i dbanie o opinię nie pozwoliłyby jej przecież zamieszkać z nim przed ślubem. A może jednak… A „dom dla nieuleczanych” (w innej biografii nazwany „domem starców”), w którym wylądowała autorka po nieudanej próbie samobójczej w Lwowie, to musiał być zakład psychiatryczny, na co wskazuje wyraźnie jego opis – zakratowane okna, poniżanie pacjentów przez personel. Przyczyny, dla których autorka porzuca męża, są co najmniej nieprzekonujące. Co więc naprawdę skłoniło kobietę do tego, by skazać się na samotne wychowywanie dwójki wciąż jeszcze małych dzieci, przymierając głodem?

Stopniowo odkrywałem źródła niesnasek między babcią a jej rodzeństwem. Choć w czasach, gdy dorastałem, babcia utrzymywała regularne i dobre relacje z siostrami: Zosią i Wandą, czy bratem Mietkiem, to w tle zawsze były jakieś niedomówienia, które teraz coraz lepiej rozumiałem.

Co  rusz dzwoniłem do mojej mamy z pytaniami i wątpliwościami. Powoli pojawiało się coraz więcej nazwisk i faktów, poznawałem inne punkty widzenia opisanej przez autorkę historii – punkt widzenia dziecka uczestniczącego w trudnym życiu matki. Trauma wojny sprawiła, że choć mama była kilkuletnią dziewczynką, zachowała wyraźne obrazy wydarzeń w swej pamięci.

Moje poszukiwania sięgały ku coraz bardziej zamierzchłej przeszłości. Wzór szlachcica, ojciec naszego rodu Andrzej Godlewski zawsze frapował mnie swą osobowością, przyciągał sumiastym wąsem i futrzaną czapą ze zdjęcia. Słyszałem o jego udziale w Powstaniu Styczniowym w 1863 r. O tym jak został on wówczas pozbawiony ojcowizny. Po rodzinie krążyła opowieść jakoby podczas powstania jako 17-latek nocował w szkole wraz z powstańcami trapiony przygnębiającymi myślami, gdy zobaczył świetlistą postać idącą ku sobie. Śpiący żołnierze odsuwali się, a postać przybliżała. Gdy stanęła przed pradziadkiem przedstawiła się jako św. Antoni i zagwarantowała opiekę nad jego rodziną:
– Jeśli przez dziewięć kolejnych pierwszych piątków miesiąca będziesz chodzić do spowiedzi i komunii świętej, w tym czasie co dzień intonując litanię do mnie, a ostatni piątek będzie dniem św. Antoniego, zadbam, by twa rodzina była liczna i zawsze znajdowała się pod moją opieką.

Andrzej Godlewski (1845-1912), ojciec autorki

Antoni znikł. Niestety ani pradziadkowi, ani mojej babce nie udało się wypełnić nakazanego ślubu. Mimo to od tego czasu dzieci w naszej rodzinie otrzymywały na drugie imię Antoni. Rodzina pradziadka okazała się faktycznie liczna, choć synów w niej było jak na lekarstwo, toteż wymarł ród Godlewskich, ale powstało z niego mnóstwo rodzin utrzymujących pamięć pradziadka po kądzieli.

Godlewski jako wielki patriota nienawidził władzy carskiej, a jako szlachcic z fantazją miał uczestniczyć w różnych burdach. Po rodzinie krążyła opowieść jakoby zamówił kiedyś w karczmie całego świniaka, a następnie ostentacyjnie wyrzucił go przez okno. Gdy jeden z obecnych carskich oficerów zapytał się o przyczynę takiego marnotrawstwa, on chwycił go za chabety i krzycząc: „Niech świnia leci za świnią!” wyrzucił przez okno. Po tym wydarzeniu musiał się przez dłuższy czas ukrywać.

Nic więc dziwnego, że wychowany na takich podaniach zapragnąłem poznać rodowód mego przodka. Wprawdzie chodziły słuchy, że był on synem guwernantki, ale rodzina zgodnie twierdziła, że usynowionym przez swego biologicznego ojca, który był ho, ho, samym hrabią i liczącą się postacią w ówczesnej politycznej polskiej scenie. Szukam więc dumnego rodu Godlewskich z jego herbem Gozdawa – biała lilia na czerwonym polu. I dowiaduję się ze Złotej Księgi Szlachty Polskiej:

„Mało która z rodzin szlacheckich tak szeroko jest rozgałęzioną po wszystkich niemal dzielnicach dawnej Rzeczpospolitej, jak Gozdawici Godlewscy. Gniazdem tej bardzo starożytnej rodziny jest (…) Ziemia Nurska (…). Wszyscy Godlewscy sięgają w wywodach swych genealogicznych (…) aż do Krystyna herbu Gozdawa, zmarłego w r. 1221 wojewodą płockim(…). Potomek w prostej linii owego Krystyna, także Krystyn i również wojewoda płocki w 1372 miał syna Stanisława, który mając sobie w r. 1450 za rozmaite zasługi rycerskie od księcia Bolesława Mazowieckiego nadane dobra Godlewo, od tej majętności obejmującej ówczesnych włók 40 (…) pierwszy nazwę Godlewskiego przybrał i stał się protoplastą tej zasłużonej krajowi rodziny”.

Aktu ślubu Andrzeja Godlewskiego i Karoliny Gutkowskiej z 1868 r.

Godlewscy faktycznie piastowali w Polsce najrozmaitsze stanowiska. Byli: Stanisław – cześnik ziemi nurskiej, Adam – skarbnik nurski, Walenty – sędzia ziemski nurski i poseł tejże ziemi, Stanisław – regent koronny, poseł, starosta nurski, kasztelan podlaski, miły Janowi III, Kazimierz – archidiakon łucki, a potem sufragan chełmski, Jan – miecznik nurski, Jędrzej – miecznik liwski, Jan Kazimierz – podstoli połocki… Ale który z nich mógł być hrabią i ojcem mojego pradziadka, po którym dumnie noszę swoje  imię – dociekałam.

Aż tu nagle trafiam na wzmiankę w pamiętniku babcinym o akcie narodzin pradziadka znajdującym się w katedrze w Błoniu. Pędzę do Błonia, są akty narodzin rodzeństwa mojej babci: pierwszej córki Godlewskiego Marii Cecylii, następnie Danieli, Marii Heleny, jest i metryka Mieczysława, jedynego brata babci z drugiego małżeństwa, a na koniec… akt ślubu Andrzeja Godlewskiego z jego pierwszą żoną Karoliną Ludwiką Gutkowską z Błonia. Aktu narodzin brak. Wczytuję się w cyrylicę okresu zaborów, którą pisany był akt ślubu, a tu niespodzianka – podane jest imię matki mego pradziadka, a brak imienia ojca! W dodatku matka to… Rozalia Godlewska z Łowicza! A więc jednak pradziadek nie otrzymał nazwiska po swoim szlachetnym ojcu, tylko odziedziczył je po biednej matce.

Szukam dalej. Dotarłem do akt z Łowicza. Jest akt małżeństwa matki pradziadka:

Dnia 20.01.1850 w Łowiczu utrzymująca się ze służby Rozalia Godlewska poślubiła Józefa Pietrzykowskiego urodzonego w 1820 w Brzeszczu, wdowca po zmarłej w 1847 r. Józefie z Stępniewskich, utrzymującego się ze służby w Łowiczu.

Toż to pięć lat po narodzinach mojego znakomitego przodka! Wertuję dalej księgi, jest i sam akt narodzin Andrzeja Godlewskiego. Na szczęście pisany po polsku:

Działo się w mieście Łowiczu dnia szesnastego listopada tysiąc osiemset czterdziestego piątego roku w godzinie piątej po południu. Stawiła się Franciszka Burdzińska akuszerka lat pięćdziesiąt mająca. W obecności Wincentego Kubiszewskiego szewca lat dwadzieścia dwa i Ignacego Skułczyńskiego lat dwadzieścia sześć mającego, obydwóch tu w Łowiczu zamieszkałych. I okazała nam dziecię płci męskiej urodzone dnia wczorajszego o godzinie pierwszej po południu z Rozalii Godlewskiej służącej nieślubnej lat dwadzieścia mającej. Dziecięciu temu na Chrzcie świętym w dniu dzisiejszym odbyłym nadane zostało imię Andrzej. A rodzicami jego Chrzestnymi byli Jan Hetman i Emilia Strańska. Akt ten stawającym przeczytany przez nas tylko podpisany został

ksiądz Lweya Kosieniarz

A więc jednak nieślubne dziecko i to ze służącej sieroty, urodzonej w Szczytnie, jak dowiedziałem się z aktu małżeństwa. Nawet pięć lat po narodzinach syna Rozalia zdawała się klepać biedę i wyszła za innego służącego i to wdowca. Ich akt małżeński nie został przez nich podpisany, jak głosiła klauzula „gdyż pisać nie umieli”. Zatem nawet nie guwernantka… Pytanie pozostało: któż zatem jest ojcem mego pradziadka? Kto umożliwił mu zdobycie wykształcenia, opanowanie kilku języków,  opłacił studia rolnicze? Dał pracę plenipotenta w majątkach ziemskich? A ponad wszystko dał prawo wżenienia się w dobrze postawioną rodzinę Gutkowskich z Błonia i dobrego wydania swych córek z pierwszego małżeństwa?

Ani babcia, ani żadne z dzieci z drugiego małżeństwa Godlewskiego nie wiedziało o tej tajemnicy skrzętnie ukrywanej przez zakochaną bez pamięci w swoim „wysoko postawionym” mężu Klementynę z Jasińskich. Ona zapewne wiedziała coś niecoś o niechlubnej przeszłości ukochanego męża, ale swym dzieciom pozostawiła jedynie wiedzę o ojcowskiej wspaniałości i kilka wskazówek w postaci nazwisk: hrabiego Jezierskiego i generałostwa Chrzanowskich, u których pracował Andrzej jako plenipotent.

Bardzo żałuję, że babcia nie doczekała tych odkryć, fakty z jej wręcz fotograficznej pamięci na pewno pomogłyby w „odczarowaniu” historii, o co zresztą sama się intensywnie starała, jeżdżąc do znanych sobie miejsc związanych z przeszłością ojca.

Klementyna Godlewska z Jasińskich (1867-1963)

Inne moje odkrycia z pewnością by ją ucieszyły. Przykładowo babcia wierzyła, opierając się na wzmiance z Rycerza Niepokalanej, że jej dobroczyńca ks. Skowyra zginął tragicznie na misji w Japonii. W swych poszukiwaniach odnalazłem wzmiankę o nim faktycznie jako o misjonarzu, ale nie w Japonii, lecz w Chinach (w latach 1934-1949). Po wojnie powrócił on szczęśliwie z misji i przeżył jeszcze dziesięć lat, umierając w 1959 r. w Ignacowie k. Mińska Mazowieckiego. Gdyby babcia o tym wiedziała, z pewnością by spróbowała się z nim spotkała i jeszcze raz podziękować za okazaną opiekę…

Po dokonaniu tych wszystkich odkryć postanowiliśmy z rodzicami dłużej nie trzymać w szufladzie tak fascynującego materiału. Zaczęło się przepisywanie rękopisów i blaknących pożółkłych maszynopisów. Dziękuję wszystkim osobom, które nam w tym pomagały: pani dyrektor bibliotek na Targówku Danucie Jankowskiej, która zaoferowała pomoc, pani Agnieszce Kutnik, która mozolnie ślęczała nad niewyraźnym tekstem, czy mojej mamie, która mimo silnych emocji, jakie tekst wywoływał, co dzień zasiadała do jego przepisywania.

W sumie babcia pozostawiła nam 31 drobno zapisanych zeszytów 80-kartkowych oraz 9 skoroszytów z maszynopisami. Prace historyczno-biograficzne to dwie powieści pisane w trzeciej osobie (Pod wiatr i Oaza) oraz siedem autobiografii (niektóre częściowe, inne niedokończone) pisanych w pierwszej osobie. Autobiografie te są często komplementarne względem siebie, innym razem te same wydarzenie opisują z innej perspektywy, a część materiału jest w nich zwyczajnie skopiowana (z drobnymi korektami – tu i ówdzie dodane jakieś słowo, czy zdanie – nie raz kluczowe).

Aby zaprezentować czytelnikowi całość materiału trzeba było zestawić biografie ze sobą, usystematyzować i wybrać najciekawsze ich warianty. Czasem autorka, szczególnie w powieściach pisanych w trzeciej osobie, korzystając z licentia poetica zmienia nazwy miejscowości, imiona bohaterów, fabrykuje wydarzenia, jednego bohatera wyraża w kilku postaciach itd. Tu, ponieważ większość opisywanych osób i wydarzeń należy do dość odległej przeszłości, zdecydowaliśmy się jak najściślej trzymać faktów historycznych. Wiązało się to z przywróceniem bohaterom prawdziwych nazwisk i usunięciem fikcyjnych partii tekstu wprowadzonych przez autorkę. Dzięki temu opisywana historia stała się autentycznym życiowym doświadczeniem autorki.

Całość została podzielona zgodnie z zamysłem autorki na trzy części:

    1. Gozdawianka 1910-1935 – dzieciństwo na Pelcowiźnie w Warszawie (do 1924 r.), pobyt u siostry w Lipkowie (1924 r.), praca i nauka w Krakowie (do 1933 r.), samotny wyjazd do Lwowa.
    1. Gozdawianka – Oaza 1935-1945 – praca i małżeństwo w Klesowie; teren dzisiejszej Ukrainy (Wołyń, Polesie), nowo powstała osada górnicza. Sytuacja pracowników kamieniołomów, opis ukraińskich wsi, stosunków społecznych, relacji między Polakami, Żydami, Ukraińcami i Rosjanami, dramatyczne zmiany rządów wraz z przechodzeniem frontu, rzezie dokonywane przez okupantów.
    1. Gozdawianka – Pod wiatr 1945-1970 – losy powojennych repatriantów zza Bugu, praca nauczyciela w wiejskich szkołach: Dobieszczyzna (woj. wielkopolskie), Owiesno (woj. dolnośląskie), Pożarki i Karolewo (woj. warmińsko-mazurskie).

Partie pisane w trzeciej osobie drugiego i trzeciego tomu trylogii zostały dodatkowo uzupełnione o fragmenty biografii pisanych w pierwszej osobie, co ma ukazać alternatywną możliwość ich widzenia.

Kazimiera Godlewska (1902-1920?)

Plastyczność obrazów autorki skłoniła nas do zamieszczenia w tekście dodatkowych historycznych uzupełnień. Znalazły się tu w ramkach wyjaśnienia dotyczące opisywanych faktów historycznych, postaci, wydarzeń, miejsc itd. Ponieważ autorka opisuje często ludowe stroje, wiejskie sprzęty i zwyczaje, w miarę możliwości uzupełniamy je rysunkami i zdjęciami. W książkach zostały też wykorzystane liczne zdjęcia rodzinne, za których udostępnienie serdecznie dziękuję wszystkim spadkobiercom Godlewskiego. By wzbogacić tekst, miejsca opisywane przez autorkę przedstawione są na mapach z danego okresu.

Jako dodatek do tekstu wykorzystaliśmy zbiory wierszy autorki, rozpoczynając nimi odpowiednie rozdziały. W aneksie znalazły się też fragmenty osobistych listów, które autorka pisała do swej zaginionej podczas wojny bolszewickiej ukochanej siostry Kazi, która poleciła autorce uczyć się francuskiego i obiecała zabrać ją do Francji. Autorka do końca życie pieczołowicie przechowywała francuski samouczek otrzymany od siostry, jak i jej książeczkę do nabożeństwa z modlitwami do św. Antoniego. By lepiej orientować się w złożonej sytuacji rodzinnej poniżej przedstawiam drzewo rodowe rodziny Andrzeja Godlewskiego, zawierające opis dziejów bohaterów powieści.

Andrzej Babkiewicz (wnuk autorki)

8 komentarze
    • Andrzej
      Andrzej says:

      Dzięki za ciepłe słowa;-) Cieszę się, że Cię zainteresował artykuł. U mnie odkrywanie tajemnic rodzinnych zawsze wywołuje gęsią skórkę;-)

      Odpowiedz
  1. A.S.
    A.S. says:

    Witaj. jestem rodowitym „Karolewiakiem” – Andrzej Sienkiewicz. Pamiętam bardzo dobrze Twoją babcię. Wspominam ją bardzo ciepło. Haftowana przez nią pościel jeszcze leży w domu mojej mamy (prezent). Chyba się lubiły. Pamiętam też rodziców. Mama uczyła mnie historii. Jeżeli żyją (mam nadzieję), proszę ich pozdrowić. Bardzo ciekawie piszesz. Jak mało wiemy o ludziach żyjących wokół nas. Stare zdjęcia z Karolewa przypominają dzieciństwo. Serdecznie pozdrawiam.

    Odpowiedz
  2. Andrzej
    Andrzej says:

    Serdecznie dziękuję za ciepłe słowa! Rodziców oczywiście pozdrowię. Pod tym linkiem jest ich zdjęcie z zeszłorocznej uroczystości 55-lecia zawarcia małżeństwa: http://gozdawianka.pl/o-nas/

    Zdjęcia z Karolewa budzą również moją nostalgię – mieszkałem tam do 11 roku życia… Pozdrawiam

    Andrzej Babkiewicz

    Odpowiedz
  3. Ewa U.
    Ewa U. says:

    Bardzo ciekawa strona! Jestem dziennikarką czasopisma Goniec Babicki a także pasjonatką lokalnej historii i bardzo zainteresowała mnie historia Pana Babci oraz stare zdjęcia Babic i Lipkowa – mieszkam tu od urodzenia, ale takich jak na tych fotografiach nie widziałam nigdy. Bardzo proszę o kontakt na adres jamnikrysuje@gmail.com
    Pozdrawiam serdecznie!
    Ewa

    Odpowiedz
  4. Sadacara
    Sadacara says:

    Drogi Andrzeju…przeczytałem dokładnie Twój wstęp. Intrygujący i zmuszający do refleksji. Ostatnio dość dużo śledzę wszystko co starosłowiańskie, ale nie obca mi jest też dziedzina patriotyczna i historyczna naszego kraju. Mam wielki sentyment do starych czasów szlacheckich i międzywojennych. Czym więcej studiuje temat tym bardziej jestem w szoku jak historia jest zakłamana. W zasadzie jestem zmuszony uczyć się jej od nowa. A najlepiej uczyć się kultury i historii na swoich korzeniach. Bo te korzenie dotykają nas samych. Włożyłeś wiele pracy, aby wskrzesić z grobu swoją babcię Gazdowiankę…za co wiele osób będzie Ci bardzo wdzięczna. W sumie mnie tu bardzo zaskoczyłeś…tym tematem wyskoczyłeś niczym Filip z Konopi. Sam z pewnością na sobie doświadczasz konsekwencji swojej decyzji o wydrukowaniu tych czarodziejskich zeszytów. Przy okazji odkryłeś wiele ciekawych faktów i poznałeś wiele nowych osób. Więc uczmy się tej lekcji historii wspólnie…oby było to dla naszej wspólnej korzyści. Pozdrawiam …i życzę dalszych sukcesów na drodze do odkrycia swoje prawdy o sobie samym i swoich korzeniach.

    Odpowiedz

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *